federacja zielonych

www.zieloni.w.pl

ŻEBY PODEJMOWAĆ WŁAŚCIWE DECYZJE, TRZEBA MIEĆ RZETELNA WIEDZĘ I DOSTĘP DO INFORMACJI. TYMCZASEM OKAZUJE SIĘ ŻE MEDIA WCALE NIE SA "WOLNE", A IM WIĘKSZE I BARDZIEJ ZNANE TYM BARDZIEJ OSZUKUJĄ I FAŁSZUJĄ RZECZYWISTOŚĆ ? "New York Times", "Gazeta Wyborcza", "Rzeczpospolita", "Newsweek", "Polityka", "Wprost", "Dziennik Zachodni", " "Życie Warszawy", "Metropol", "Nasz Dziennik", "Gazeta Polska:, gazety regionalne, telewizja, radio...

Zapraszam do dyskusji i nadsyłania opinii na ten temat - e-mail: : fzbialystok@wp.pl

MEDIALNY SKANDAL I KŁAMSTWA (NA PODSTAWIE (Tomasz Lis "F(a)(uc)kty"TVN) 06.06.2003 r.)

Wielki skandal w "najsłynniejszej gazecie świata"

Z dziennika "New York Times" odeszło właśnie dwóch najważniejszych ludzi redagujących te gazetę.

Odeszli bo nie mogła umrzeć "śmiercią naturalną" (mogła ale nie chciała [HEHE, BEZSENSOWNA NOWOMOWA) afera z młodym reporterem który konfabulował informacje i popełnił masę plagiatów (PO PROSTU PRAWIE WSZYSTKO CO NAPISAŁ ... BYŁO ZMYŚLONE) o czym zresztą ... "New York Times" napisał na pierwsze stronie [BAD NEWS IS A GOOD - BEST NEWS / GOOD NEWS IS A BAD NEWS - TO BE HONEST IT IS NO NEWS !!!- NO LIES, SEX, DRUGS OR MURDER - WE HAVENT ANY TOP NEWS]. IM BARDZIEJ ODERWANE OD RZECZYWISTOŚCI I NIEPRAWDOPODOBNE "WIADOMOŚCI" TYM WYŻSZA OGLĄDALNOŚĆ, CZYTALNOŚĆ ITP.] to co sie stało w tym dzienniku jest wielkim skandalem, ale to jak gazeta do tego skandalu podeszła pokazuje, jak "[NIE] poważnie [BREDNIE MOŻNA NAPISAĆ I PRZEZ 4 LATA NIE ZAMIESZCZAĆ SPROSTOWAŃ OSZUSTW, W POLSCE TEGO TYPU PRAKTYKI TRWAŁY CO NAJMNIEJ OD 1945 DO -1990 - 45 LAT - TZW. "SOCJALIZM" - TOTALITARYZM I 1989 - DO DZISIAJ TZW. "ZŁODZIEJSKI UPOLITYCZNIONY KAPITALIZM] bierze się w Ameryce "dziennikarskie standardy" [OSZUKAĆ]

(Maciej Woroch "F(a)(uc)kty"TVN): Wydawcy "New York Times-a" przechodzą z pewnością najtrudniejsze chwile w swojej karierze. "Dobre imię" jednej z najpoczytniejszych gazet na świecie wystawiono na szwank a czytelników oszukano (POWSZECHNE CODZIENNE ZJAWISKO DLA MEDIÓW: PRASY, RADIA I TELEWIZJI - JEDNOSTRONNE MEDIA BĘDĄCE WYNALAZKIEM EPOKI TOTALITARYZMÓW I PROPAGANDY NIE UMOŻLIWIAJĄ TAK JAK NP. INTERNET DWUSTRONNEJ WYMIANY INFORMACJI, PREZENTACJI WYDARZEŃ KOMENTARZY RÓŻNYCH OSÓB Z RÓŻNEGO PUNKTU WIDZENIA

Wiele osób ma do nas pretensje w związku z ta całą aferą jest nam przykro ale robimy co w naszej mocy to wyjątkowa sytuacja która się nie powtórzy a gazeta wyjdzie z tego cało (to CODZIENNOŚĆ - PRZYPISYWANIE NIEWYPOWIEDZIANYCH SŁÓW ROZMÓWCY JAKO RZEKOMO JEGO WYPOWIEDZI, PRZEKRĘCANIE I WYRYWANIE Z KONTEKSTU WYPOWIEDZI, ZMIANA ICH SENSU, ZNACZENIA, PRZEINACZENIE, MIEJMY NADZIEJĘ ŻE DOTYCHCZASOWE MEDIA OPARTE NA ZAKŁAMYWANIU I FAŁSZOWANIU RZECZYWISTOŚCI, UKRYWANIU PRAWDZIWYCH AFER, OCHRONIE NADUŻYĆ, LOBBY I GRUP INTERESÓW, CENZURZE FINANSOWO - MATERIALNEJ - RACJE MAJA ZAWSZE BOGACI I ZLECENIODAWCY REKLAM , BIEDNI I KONSUMENCI ZAWSZE BĘDĄ OSZUKIWANI PRZEZ REKLAMY I UKRYTE REKLAMY W TZW. "OBIEKTYWNIE TENDENCYJNYM DZIENNIKARSTWIE NA ZAMÓWIENIE" I POLITYCZNEJ UPADNĄ).

Wszystko przez tego 27 latka określanego przez szefów "wyjątkowo błyskotliwym reporterem" - Jason Blair z pewnością wykazał się błyskotliwością, ale nie w sposób w jaki "życzyli by sobie" wydawcy gazety [PRZEZ 4 LATA JAK WIDAĆ WŁAŚNIE "TEGO SOBIE ŻYCZYLI" I AKCEPTOWALI] okazało się, że więcej niż połowa z 73 tekstów jakie napisał dla "Działu Krajowego" była zmyślona albo przepisana z innych gazet lub internetu, większość z nich powstawała w Nowym Yorku, choć Blair pisał, że jest w różnych miejscach w Ameryce, najbardziej oburzające jest jednak to, że młody [STARSI SA JESZCZE GORSI, LECZ MOŻE ... SPRYTNIEJSI ?] reporter opisywał sprawy, które poruszały cały kraj i nawet wtedy nie bał się zmyślać.

Przez 4 lata pracy szefowie Blaira "niczego nie podejrzewali", nie chcieli też słuchać zastrzeżeń na temat jego pracy [OSZUSTWO JEST PODSTAWOWA ... ZALETĄ DZIENNIKARZA ?] teraz redaktor naczelny i sekretarz dziennika zrezygnowali ze swoich stanowisk w pracy (TYLKO TYLE ? POWINNI ZWRÓCIĆ OSZUKIWANYM CZYTELNIKOM PIENIĄDZE I KAŻDEMU WYPŁACIĆ ODSZKODOWANIA].

"Jego szefowie musieli ponieść konsekwencje i wziąść odpowiedzialność za to co sie stało - jestem czytelnikiem gazety i CZUJE SIĘ OSZUKANY - to oburzająca historia". (Jeff Carr)

Sprawa wyszła na jaw [DOPIERO] niecały miesiąc temu a Jason Blair już "śmieje się" ze swoich szefów - w wywiadzie (!!! KŁAMCA I KŁAMSTWO STAJE SIĘ JESZCZE SŁAWNIEJSZY, A TO CO ZROBIŁ JEST OBIEKTEM KOLEJNYCH KŁAMSTW I OSZUKIWANIA CZYTELNIKA) dla "New York Observer" powiedział: "Z mojego punktu widzenia chociaż wiem że nie powinienem tego mówić oszukałem niektóre z największych osobowości dziennikarstwa" [OSZUKAŁ I OKRADAŁ TEZ CZYTELNIKÓW !]. "New York Times" poprosił swoich [OSZUKANYCH I ... OSZUKIWANYCH] czytelników by pomogli ujawnić inne kłamstwa - może ich być o wiele więcej bo w dziale miejskim "młody reporter" napisał ponad 600 tekstów

Z dedykacja dla Tomasza Żukowskiego - do niedawna "Dział Miejski" "Kuriera Porannego" w Białymstoku - wszystko jeszcze przed tobą - (nie) sława i zasłużona kara ! Artykuły wprowadzające w błąd czytelników i podające kłamstwa na temat mieszkańców i rzetelnej organizacji ekologicznej korzystne dla firmy "Statoil" naruszającej przepisy i narażającej zdrowie i życie ludzi poprzez planowaną lokalizację stacji paliw w sąsiedztwie miejsca wykolejenia sie cystern z chlorem oraz ukrywające korupcję i niekompetencje urzędników kto już niezły początek - patrz:

www.zieloni.osiedle.net.pl/fzb-dlaczego-poranny-nie-pisze-prawdy-03-06-2003-www.zieloni.w.pl.htm

www.zieloni.osiedle.net.pl/fzb-statoil-i-media-21-05-2003-www.zieloni.w.pl.htm

www.zieloni.osiedle.net.pl/fzb-ekoszopka-statoil-i-media-21-05-2003-www.zieloni.w.pl.htm

www.zieloni.osiedle.net.pl/fzb-statoil-i-media-03-05-2003-www.zieloni.w.pl.htm

www.zieloni.osiedle.net.pl/fzbsadyistatoil.htm

"ANARCHIA" ""RZĄDZI"" !!!

CIEKAWĄ TENDENCJĘ PREZENTUJĄ TEŻ M.IN. "NEWSWEEK", "TELEWIZJA TVN", "WPROST", "POLITYKA" PROWADZĄC NAGONKĘ NA ORGANIZACJĘ EKOLOGICZNE W CELU ZMNIEJSZENIA SPOŁECZNEJ KONTROLI NAD INWESTORAMI I URZĘDNIKAMI ŁAMIĄCYMI PRZEPISY I NARAŻAJĄCYMI DLA KRÓTKOTRWAŁYCH ZYSKÓW ZDROWIE I ŻYCIE LUDZI, KTÓRYM PRAWIE UDAŁO SIE OSTATNIO WYLANSOWAĆ TEZĘ", ŻE ... "ORGANIZACJE EKOLOGICZNE I MIESZKAŃCY PROTESTUJĄ W IMIĘ ZYSKÓW I PIENIĘDZY", NATOMIAST BIZNESMENI NIE DZIAŁAJĄ DLA ZYSKU, SZCZEGÓLNIE ŁAMIĄC PRZEPISY I ZAOSZCZĘDZAJĄC NA ZABEZPIECZENIACH ZDROWIA I OCHRONY ŚRODOWISKA, KORUMPUJĄC, OSZUKUJĄC I ZASTRASZAJĄC NIEKOMPETENTNYCH URZĘDNIKÓW - zobacz:

Zapraszam do dyskusji i nadsyłania opinii na ten temat - e-mail: : fzbialystok@wp.pl

NIE PRZEPADAM ZA "MATRIXEM" JAK I ZA PODOBNEGO STYLU ROZRYWKA PEŁNĄ BEZSENSOWNEJ PRZEMOCY. KAŻDY CZŁOWIEK MA PRAWO DO PRAWDY , KAŻDY MOŻE TEŻ REPREZENTOWAĆ WŁASNY PUNKT WIDZENIA I BRONIĆ WŁASNYCH INTERESÓW. NIE SPOTKAŁEM TAKŻE NIGDY "RZETELNEGO DZIENNIKARZA" I JESTEM PEWIEN ŻE TACY NIE ISTNIEJĄ - zawsze cos przekręcą, uproszczą (gubiąc sens) "dodadzą medialności", tłumaczą to pośpiechem itp. "Dziennikarze" w dzisiejszym systemie gospodarczym przede wszystkim muszą zadbać o zyski, a te najłatwiej osiągnąć już nawet nie przez tania sensację, lecz tzw. "dziennikarstwo na zlecenie" czyli np. opisywanie nieistniejących afer w formie "niby obiektywnej" (a w rzeczywistości zamierzonej formie pomówienia, oszustwa, manipulacji") służącej np. dyskredytacji niewygodnych osób, firm, grup społecznych. Problem zaczyna się w momencie, kiedy okazuje się, że praktycznie tego typu działalność w przeważającym stopniu pozostaje bezkarna ze względu na to, że np. prawo w Polsce BĘDĄCE POZOSTAŁOŚCIĄ TOTALITARNEGO SYSTEMU chroni polityków, grupy interesów, nie gwarantuje natomiast ochrony podstawowych praw obywatela. W TOTALITARYZMIE TO POLITYCY I PRASA POSIADAŁA "WŁADZĘ" I "JEDYNIE SŁUSZNĄ RACJĘ", NATOMIAST OBYWATEL BYŁ PO PROSTU PRZEDMIOTEM MANIPULACJI, PROPAGANDY, INDOKTRYNACJI I DEZINFORMACJI. Czy TO się zmieniło ? Słyszeliście Państwo o skazanych za nadużycia i działanie na szkodę publiczna politykach bądź gazetach przepraszających za opublikowane kłamstwa i nierzetelne informacje ? Proszę porównać np. ilość nadsyłanych i publikowanych sprostowań (możliwe, że do ... 99,9% jest "cenzurowanych").

NIKT NIE JEST NIEOMYLNY, KAŻDY MOŻE POPEŁNIAĆ BŁĘDY, KAŻDA WŁADZA - POLITYCZNA, MEDIALNA, GOSPODARCZA, RELIGIJNA, GRUP, LOBBY, RODZICIELSKA, DZIECI ITP. POZBAWIONA KONTROLI, DĄŻĄCA DO MONOPOLU STAJE SIĘ FANATYCZNA I NIEBEZPIECZNA DLA INNYCH, DĄŻY DO PODPORZĄDKOWANIA OTOCZENIA, MOŻE JE WRĘCZ STERRORYZOWAĆ. PARADOKSEM JEST WIĘC, ŻE MEDIA MAJĄCE STAĆ NA STRAŻY WOLNOŚCI JEDNOSTKI I DOBRA SPOŁECZNEGO SAME PROBUJĄ POSTAWIĆ SIĘ NAD PRAWEM, KONTROLĄ SPOŁECZNĄ DĄŻĄC DO DECYDOWANIA ZA OBYWATELI O TYM JAKIE INFORMACJE BĘDĄ PRZEKAZYWAĆ, W JAKI SPOSÓB, PRZEJMUJĄC SAMOZWAŃCZO ROLĘ SĘDZIOWSKĄ, EDUKACYJNĄ I WYKONAWCZĄ, CHOCIAŻ SAME "UBABRANE SĄ" W BRUDNE INTERESY, POWIĄZANIA FINANSOWE I GOSPODARCZE, CO STWARZA REALNE ZAGROŻENIE DLA PRZECIĘTNEGO CZŁOWIEKA.

Zapraszam do dyskusji i nadsyłania opinii na ten temat - e-mail: : fzbialystok@wp.pl

Kto skontroluje kontrolera? www.remuszko.pl/?page=recenzja-michalski

Masowe media tworzą dzisiaj chętnie swój własny, bardzo pozytywny wizerunek. Wielu ich właścicieli ukrywa się za należącym już w dużej mierze do przeszłości obrazem mediów jako instytucji, która w imieniu obywateli kontrolowała jedynie instytucje władzy. Tymczasem media partycypują dzisiaj w układzie władzy i to często z pozycji dominującej. Wyobraźmy sobie, jakie oburzenie budziłoby użycie Najwyższej Izby Kontroli do bieżącej walki politycznej. Media, w zamyśle ojców założycieli i teoretyków liberalnej demokracji, miały się stać jej Najwyższą Izbą Kontroli. I ta właśnie instytucja (“czwarta władza”) - zamiast kontrolować pozostałe trzy władze (ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą) - sama stała się dzisiaj dość powszechnie jednym z elementów czystej władzy politycznej.

Z problemem nieformalnej władzy masowych mediów borykają się dzisiaj zarówno stare demokracje, jak też kraje takie jak Polska, które dopiero wychodzą z komunizmu. Kraje zachodnie mają jednak istotny atut - jest nim ukształtowany rynek medialny, na którym istnieją silne, pluralistyczne pod względem ideowym i finansowym, konkurujące ze sobą media. Pierwsza zasada ratowania się przed nieformalną władzą masowych mediów brzmi bowiem: jedynym skutecznym kontrolerem wysokonakładowej gazety, popularnej rozgłośni radiowej lub chętnie oglądanej stacji telewizyjnej jest inna gazeta, rozgłośnia lub stacja o - co ma zasadnicze znaczenie dla skuteczności owej kontroli - porównywalnej sile.

Opisana przez Stanisława Remuszkę (w książce “Gazeta Wyborcza. Początki i okolice”) choroba “Gazety Wyborczej”, która uczyniła z niej przeciwieństwo gazety - skrzyżowanie biura politycznego z policyjną pałką dla niepokornych - ukazuje przede wszystkim poważną chorobę całego polskiego rynku medialnego. Bo to właśnie na polskim rynku mediów, w wyniku splotu niesprzyjających okoliczności i świadomych decyzji politycznych - nie istnieją dzisiaj media chcące lub zdolne kontrolować “Gazetę Wyborczą”. Pierwszą próbą takiej kontroli okazuje się być właśnie książka Remuszki, wydana przez jej autora własnym nakładem i przemilczana przez większość polskich mediów zaprzyjaźnionych z “Wyborczą” lub bojących się jej siły.

Stanisław Remuszko cytuje co prawda prasowe polemiki i dossier ukazujące, zazwyczaj bardzo cząstkowo, pewne aspekty politycznego i finansowego fenomenu “Wyborczej”. A jednak to dopiero on, w swoim “kalendarium” podzielonym na lata i przełomowe wydarzenia, opisuje proces, który uczynił - z tej pierwszej niezależnej gazety w bloku wschodnim - narzędzie sprawowania niekontrolowanej władzy.

Owo kalendarium porządkowane jest głównie przez ewolucję samej Gazety. Jest to ewolucja od prawdy do manipulacji, od pluralizmu do jednolitości prezentowanych na łamach poglądów, od wspólnego przedsięwzięcia grupy ludzi ożywianych pewną misją - misją dostarczania czytelnikom uczciwej informacji o świecie - do spółki giełdowej, w której struktura władzy (absolutnej) i zysków (naprawdę niebagatelnych) została ustalona w sposób bardzo precyzyjny, choć utrzymywany w tajemnicy przed szeregowymi pracownikami “Gazety” oraz przed jej czytelnikami.

“Gazeta Wyborcza” jest dzisiaj najbardziej jednolicie redagowaną gazetą w Polsce. Właściwy wydźwięk ideowy, polityczny, biznesowy mają nawet najdrobniejsze notki w najmniej z pozoru istotnych rubrykach tematycznych. Z książki Stanisława Remuszki możemy dowiedzieć się o mechanizmach, które umożliwiły taką “konsekwentną strategię redakcyjną”. Dowiadujemy się o trwającej przez całą dekadę eliminacji niepożądanych dziennikarzy i pracowników, o pracy nad językiem, o zmianie znaczenia pojęć i zmianach wizerunków osób stających się przyjaciółmi lub wrogami “Wyborczej”.

Remuszko opisuje w swojej książce kilka przykładów ludzi, którzy sami mając ogromny społeczny autorytet stanęli na drodze autorytetowi “Gazety Wyborczej”. Zbigniew Herbert różniący się z Adamem Michnikiem stosunkiem do lustracji i dekomunizacji był żegnany przez dominujący i orientujący się na “Gazetę Wyborczą” układ medialny milczeniem, kłamstwami lub insynuacjami na temat jego choroby psychicznej. Antykomunistyczny bohater-patriota pułkownik Kukliński został przedstawiony Polakom, przez ten sam układ medialny, jako postać dwuznaczna i groteskowa, jako podwójny agent - ktoś pomiędzy Jamesem Bondem a kapitanem Klossem.

Książka Remuszki, opisując głębokie patologie polskiej sfery publicznej, wywołuje u czytelnika poczucie równie głębokiego niepokoju. A jednak samo napisanie i opublikowanie tej książki jest wyrazem optymizmu jej autora. Wierzy on, jak sądzę, że monopolizowanie obiegu informacji i opinii nie jest procesem nieuniknionym, że wiele zależy tutaj od dziennikarzy, od polityków i - szerzej - od opinii publicznej, w tym sensie, w jakim nie sprowadza się ona jeszcze wyłącznie do opinii najsilniejszych mediów.

Jeśli Remuszko ma rację, i da się skutecznie zablokować proces tworzenia się monopolu medialnego, to w ciągu kilku najbliższych lat zobaczymy zapewne na polskim rynku duże krytyczne monografie poświęcone “Gazecie Wyborczej”. Takie książki nie byłyby niczym nadzwyczajnym. We Francji sam tylko dziennik “Liberation” doczekał się kilku krytycznych książkowych monografii

Jeśli jednak Remuszko się myli, i w Polsce powstanie monopol medialny, towarzyszący monopolowi finansowemu czy politycznemu, to będziemy mogli czytać wyłącznie pochwalne panegiryki na cześć Adama Michnika, jako wielkiego promotora wolności mediów i wolności w ogóle.

W obu jednak wypadkach książka Stanisława Remuszki odegra rolę bez mała historyczną. Jest ona pierwszą istotniejszą próbą zrozumienia i opisania fenomenu “Gazety Wyborczej”. Jest to próba skromna i nieraz nasycona dość wyraźnym rozgoryczeniem autora. Remuszko sam był kiedyś dziennikarzem “Wyborczej”, a dzisiaj jest jednym z wielu ludzi, którzy wierzyli, że “ich gazeta” stanie się po prostu uczciwym źródłem informacji i miejscem wymiany opinii, ale przegrali walkę o taki jej kształt. Lecz dla każdego, kto pokusi się o szersze opracowanie historii “Gazety Wyborczej”, dokumenty i informacje przedstawione w książce Remuszki będą nieocenionym źródłem wiedzy i tropów prowadzących do wiedzy jeszcze pełniejszej i bardziej pogłębionej.

Gdyby jednak polski system medialny i ustrojowy miał się “domknąć”, to książka Stanisława Remuszki także pozostanie ważnym świadectwem - jednym z ostatnich ostrzeżeń przed powstawaniem nowego typu oligarchii. Oligarchii wyzwolonej od wszelkiej społecznej kontroli, oligarchii zaprzyjaźnionych ze sobą i przenikających się personalnie elit medialnych, finansowych oraz (najmniej w owym układzie istotnych) elit politycznych.

Cezary Michalski Warszawa, październik 2000 Cezary Michalski jest niezależnym publicystą, autorem kilku książek, m.in. bestselleru “Ministerstwo Prawdy”.

Medialny skok stulecia www.remuszko.pl/?page=recenzja-przypkowska

O czym jest ta książka? Opowiada ona, w jaki sposób (podstępny i nieuczciwy) pewne wąskie środowisko przywłaszczyło sobie i rozbudowało narzędzie, które pozwala mu sprawować - bez żadnej odpowiedzialności przed współobywatelami - część nieformalnej władzy w Polsce, oraz co z tego wynikło dla mojej Ojczyzny, a także kto i jakie ma z tego korzyści - pisze autor, warszawski dziennikarz, Stanisław Remuszko.

Autor uważa, że środowisko “Wyborczej” charakteryzuje pewien specyficzny zestaw cech, do których zalicza w pierwszym rzędzie mentalność Kalego, klanową solidarność, wyraźnie określoną hierarchię autorytetów, funkcjonalno-organizacyjne podobieństwa do mafii (nie w sensie prawa karnego, rzecz jasna), cenzurowanie inicjatyw, nieuczciwość polemiczną, poczucie własnej wyższości i nieomylności oraz antysemityzmową fobię.

Stanisławowi Remuszce można wierzyć, bo pracował w “Gazecie” przez pierwszy rok jej istnienia i swe tezy udowadnia na konkretnych przykładach. Z początku ufał Michnikowi, ba, nawet patrzył w niego jak w tęczę, ale - co dokumentuje w swej książce - to zaufanie topniało z miesiąca na miesiąc pod wpływem kolejnych faktów, które widział i słyszał na własne oczy i uszy, “od środka”. Właśnie ta “odśrodkowość” jest jedną z głównych zalet narracji, bo co innego przypuszczać, wnioskować i domyślać się z pozycji zewnętrznego obserwatora, a co innego być bezpośrednim świadkiem wydarzeń.

Czym w istocie jest ta licząca 220 stron i dość skromnie wydana książeczka? Zbiorem bardzo rozmaitych dokumentów - listów prywatnych i otwartych, oryginalnych notatek i zapisków, pism i zdjęć ilustrujących opisywane wydarzenia sprzed lat, a także opublikowanych i nieopublikowanych artykułów (w tym - odrzuconych przez wewnątrzredakcyjną cenzurę “GW”). Temu wszystkiemu towarzyszą starannie oddzielone dzisiejsze komentarze, w których autor bez ogródek przyznaje się do ówczesnej bezdennej naiwności. To wyznanie brzmi szczerze i dodaje wiarygodności przedstawianym relacjom.

Remuszko dał swej książczynie (tak ją nazywa) podtytuł “kalejdoskop”, ale chyba odpowiedniejszym słowem byłby “witraż”. W miarę bowiem pochłaniania kolejnych stron czytelnik odnosi dojmujące wrażenie oddalania się krok po kroku od wielkiego witrażu. Czytając wstęp, dotykał szkła prawie nosem i widział tylko kolorową plamę pojedynczej szybki; z odległości metra mógł ujrzeć już czyjąś twarz; z pięciu metrów dostrzegł całą postać; teraz, z jeszcze większego dystansu, zobaczył grupę osób, a pod koniec lektury ujawniają się nie tylko wyraziste kontury i barwy, lecz i dynamika obrazu. To naprawdę wciąga!

W liście z załącznikami, przesłanym ponad stu luminarzom polskiej kultury i politycznym prominentom w grudniu 1991 roku, Stanisław Remuszko napisał znamienne słowa: Teksty te stanowią tylko mizerną część tych wieści, które powinny dotrzeć jeśli nie do całego czytającego społeczeństwa, to przynajmniej do jego opiniotwórczych środowisk. Teksty te bowiem dają jedynie blade pojęcie o największym w naszej współczesnej historii, mało jeszcze widocznym, lecz jakże skutecznym skoku na władzę, na faktyczna czwartą (media) władzę w państwie - tę władzę, która w pierwszym roku odzyskującej wolność Rzeczypospolitej znaczyła nieporównanie więcej niż obecnie (choć i dziś publikatory w Polsce grają o wiele ważniejsza rolę niż w starych demokracjach Europy i świata). Czy prawda o tym błyskotliwym, rasowo komunistycznym okpieniu milionów ufnych ludzi ujrzy kiedykolwiek światło dzienne?

To ostatnie pytanie, mimo upływu czasu, zachowało niestety swą aktualność. Remuszko sprzedał w ciągu miesiąca dziesięć tysięcy egzemplarzy swej książki, w której - jak podkreśla - nikt nie przeklina, nie ma szpiegowskich afer, erotycznych scen ani gangsterskich porachunków. Książka trafiła na pierwsze miejsce list bestsellerów. A mimo to - z nielicznymi wyjątkami - do dziś nie wspomniały o niej ani słowem najważniejsze ogólnopolskie dzienniki i tygodniki, ani wiodące rozgłośnie radiowe i stacje telewizyjne. Czemu? Autor uważa, że w obawie przed zemstą “Gazety Wyborczej” i całego imperium Agory, która jest tak wpływową potęgą, że wszyscy boją się jej podpaść. Niemożliwe? A jednak...

Tę książkę koniecznie trzeba przeczytać! Na jej podstawie mógłby powstać scenariusz znakomitego sensacyjnego filmu z gatunku political fiction (pamiętają Państwo “Washington behind closed doors”?). Niestety, autor pokazuje nie fikcję, lecz rzeczywistość. Niestety, ta rzeczywistość w Polsce trwa. Ale to już temat na inną okazję.

Dorota Przypkowska Warszawa, wrzesień 2000

(nadesłał: Rafał Górski e-mail: gorski@obywatel.org.pl www.obywatel.org.pl) Stanislaw Remuszko e-mail: remuszko@astercity.net www.remuszko.pl

POLSKI MEDIALNY (PRASOWO-TELEWIZYJNY MATRIX - LUDZIE NIE ZDAJA SOBIE SPRAWY Z FIKCJI, W KTOREJ PRZYSZLO IM ZYC. JAK ODROZNIC JAWE OD SNU, PRAWDE OD FALSZU, A DOBRA MONETE OD ZLEJ, SKORO WSZYSTKO JEST POD INFORMACYJNA KONTROLA? CZY MEDIA (TZW. CZWARTA WŁADZA) SA GROŹNIEJSZE OD POLITYKÓW, BOWIEM POZA JAKĄKOLWIEK KONTROLA I BEZ PONOSZENIA ODPOWIEDZIALNOŚCI WPŁYWAJĄ NA DECYZJE LUDZI, SPOŁECZNE ZACHOWANIA I ZJAWISKA GOSPODARCZE STOSUJĄC MANIPULACJĘ, OSZUSTWA CENZURUJĄC INFORMACJE ?

(...) Dramat dla wolnosci slowa zaczyna sie nie wtedy, gdy jedne media jakas sprawe naglasniaja, inne zas ja przemilczaja, lecz wtedy, gdy zdecydowana wiekszosc mediow to samo naglasnia i to samo przemilcza. W Rzeczpospolitej Polskiej cenzura nie tylko ma negatywna konotacje moralna, lecz takze jest surowo zakazana przez prawo (artykul 54 Konstytucji).

W krajach uznawanych za ojczyzny wolnej prasy - we Francji, Stanach Zjednoczonych, Niemczech czy Anglii - najwieksze publikatory doczekaly sie na swoj temat juz calych biblioteczek, zawierajacych takze prasoznawcze prace magisterskie, a niekiedy nawet doktorskie. W dobie internetu latwo sprawdzic, ile pozycji na temat "The Washington Post" albo CNN zawiera Biblioteka Kongresu, ile rozpraw napisano o radiu BBC lub dzienniku "Le Monde", a takze ktory tytul uzbieral wiecej monografii: "Time" czy "The Times".

W Polsce najpotezniejszym medium prywatnym, takim nadwislaÄskim "New York Timesem", jest powstala w 1989 roku "Gazeta Wyborcza". W dosc powszechnej (i slusznej) ocenie, redagowany przez Adama Michnika dziennik uchodzi za bezprecedensowy fenomen medialny w calej historii swiatowej zurnalistyki. Jak twierdza obserwatorzy, "Gazeta" jest jednym z najwazniejszych, by tak rzec, wspoldemiurgow przemian politycznych w III Rzeczpospolitej. Zajmujac w kwietniu 2003 wsrod ogolnopolskich dziennikow 51% czytelniczego rynku ("Super Express" 36%, "Rzeczpospolita" 13%), "Wyborcza" pozostaje nie tylko najpopularniejszym, lecz i, sila rzeczy, najbardziej opiniotworczym pismem w Polsce. Wreszcie, wejscie Agory na gielde czesciowo ujawnilo potege finansowa tego medialnego koncernu (kilkadziesiat lokalnych dziennikow i rozglosni, udzialy w telewizji, inwestycje w internecie); jego wartosc tygodnik "Polityka" ocenia dzis (luty 2003) na ponad 2,6 miliarda zlotych. Wydawaloby sie, ze, po czternastu latach istnienia tak wyjatkowej i tak waznej instytucji, opracowania zwarte na jej temat (ksiazki, broszury, analizy, studia) zajmuja przynajmniej cala polke, a moze nawet caly regalik. Otoz - nie. W maju 2003 w katalogu polskiej narodowej ksiaznicy figuruje tylko jedna pozycja opisujaca, zreszta tez w jednym tylko aspekcie, narodziny i pierwsze dziesieciolecie najwiekszego ogolnopolskiego dziennika. Czy ta samotnosc cos znaczy, czegos dowodzi, o czyms swiadczy? Ksiazka nosi tytul "Gazeta Wyborcza. Poczatki i okolice". Jestem jej autorem.

Pierwsze wydanie tego niewielkiego (220 stron) dokumentalno- publicystycznego tomiku ukazalo sie na przelomie 1999 i 2000 roku. W ciagu dwoch miesiecy sprzedano (wedlug ksiag podatkowych) 10 000 egzemplarzy. Ksiazka zajela pierwsze miejsce na liscie bestsellerow w dziedzinie literatury faktu. Mimo to o jej zaistnieniu (nie chodzi o recenzje) nie powiadomily swoich czytelnikow, radiosluchaczy i telewidzow prawie zadne czolowe polskie media. Personalno- redakcyjne szczegoly tej znamiennej ciszy - a takze braku reakcji spolecznych mechanizmow bezpieczeÄstwa - znalezc mozna na stronach 238-244 drugiego (uzupelnionego) wydania, ktore zostalo wydrukowane w polowie marca 2003.

Jak w ostrzegawczym artykule wskazywal niedawno Ryszard Bugaj, dramat dla wolnosci slowa zaczyna sie nie wtedy, gdy jedne media jakas sprawe naglasniaja, inne zas ja przemilczaja, lecz wtedy, gdy zdecydowana wiekszosc mediow to samo naglasnia i to samo przemilcza.

Wlasnie z taka sytuacja - odnoszaca sie do ksiazki "Gazeta Wyborcza. Poczatki i okolice" - mielismy do czynienia przed trzema laty. Najnowsze wydarzenia dowodza, iz w ciagu tych trzech lat w polskiej demokracji (IV wladza) nastapily wyraziste zmiany na gorsze. W poczatkach 2000 roku "tylko" nie informowano czytajacego spoleczeÄstwa o istnieniu ksiazki. W poczatkach 2003 roku seryjnie odmawiano druku platnych ogloszeÄ, ktore o jej istnieniu mialy informowac.

W swiecie wolnego slowa redakcje nie ponosza odpowiedzialnosci za tresc platnych ogloszeÄ. W swiecie wolnego slowa mozna odmowic druku takiego anonsu tylko wtedy, gdy jego tresc narusza prawo karne lub tzw. normy obyczajowe (ewentualny spor "narusza" - "nie narusza" rozstrzyga sad). Wszelkie inne ingerencje w tekst inseratu lub odmowa jego zamieszczenia z definicji nazywaja sie CENZURa. Nie znam czynnosci bardziej haÄbiacej i bardziej dyskredytujacej dziennikarza niz cenzurowanie.

W Rzeczpospolitej Polskiej cenzura nie tylko ma negatywna konotacje moralna, lecz takze jest surowo zakazana przez prawo (artykul 54 Konstytucji).

W marcu 2003 roku do anonimowego grona zasluzonych cenzorow PRL doszlusowali redaktorzy naczelni nastepujacych pism (w kolejnosci alfabetycznej): Jerzy BaczyÄski ("Polityka"), Marek ChyliÄski ("Dziennik Zachodni" - najwieksza gazeta regionalna), Aleksander Korab ("Metropol" - gazeta rozdawana w warszawskim metrze), Marek Krol ("Wprost"), Maciej lukasiewicz ("Rzeczpospolita"), Ewa Solowiej ("Nasz Dziennik"), Piotr Wierzbicki ("Gazeta Polska"), Tomasz Wroblewski ("Newsweek") i Marek Zagorski ("zycie Warszawy"). Wszyscy oni odmowili druku niewielkiego platnego ogloszenia (cena takiego anonsu wynosi - w zaleznosci od pisma, miejsca w pismie oraz daty - od tysiaca do kilku tysiecy zlotych). Odmowe uzasadniano poniekad dwojako. W pierwszym przypadku w ogole nie podawano motywow, a proby dowiedzenia sie, o co chodzi, kwitowano mniej wiecej taka odpowiedzia: "Jestesmy medium prywatnym i nikomu nie musimy tlumaczyc sie ze swoich decyzji". Jedyna racjonalna przyczyna "odmow I rodzaju" - wyplywajaca z jakiejs wspolnoty interesow? porozumienia ponad podzialami? - wydaje sie chec ochrony stereotypowego autoportretu Adama Michnika i "Gazety Wyborczej", wobec ktorych ksiazka jest wysoce krytyczna. Drugim powodem byl strach przed blizej nie okreslonym odwetem Agory ("wie pan, oni maja dlugie rece i dobra pamiec, a my wolimy nie miec klopotow"). Zimno mi sie robilo, gdy mi to mowiono lub dawano do zrozumienia, bo przezylem PRL i dobrze pamietam lek zwyklych szarych ludzi przed rzekoma wszechmoca bezpieki: nie pojde glosowac, to paszportu nie dadza, z pracy wyrzuca, dziecko w szkole bedzie mialo nieprzyjemnosci... Gdy w maju 1989 roku ukazal sie pierwszy numer "Wyborczej" - chyba nikomu przez mysl nie przeszlo, ze po czternastu latach "Gazeta" bedzie budzila podobne obawy. I to wsrod dziennikarzy, a wiec ludzi dobrze wyksztalconych, bardziej swiadomych rzeczywistego stanu rzeczy, lepiej zorientowanych w swiecie polityki i biznesu. Zreszta - moze wlasnie dlatego wsrod dziennikarzy? To odkrycie wciaz pozostaje dla mnie szokiem. Sam nie boje sie Agory, ale - jako obywatel - ogromnie balbym sie spolecznego, a zwlaszcza medialnego strachu przed nia... W tej ksiazce nikt nie przeklina, nie ma w niej erotycznych scen, szpiegowskich afer ani gangsterskich porachunkow - glosi umieszczony na okladce fragment recenzji. Dodajmy, ze nie ma tam rowniez zadnych tzw. epitetow politycznych ("czerwonych komuchow", "solidarnosciowych oszolomow", "starych esbekow" "prawicowych ekstremistow" ani "pacholkow Moskwy"). Nie ten styl. Nie ten jezyk. O czym w takim razie jest ta ksiazka? To przede wszystkim autorski reportaz z narodzin i wczesnego dzieciÄstwa "Gazety Wyborczej". Autorski - wiec z pewnoscia osobisty, subiektywny i nie wyczerpujacy tematu. Ale to akurat jest jasno powiedziane we wstepie, komentarze sa typograficznie oddzielone od komunikatu, a cytowane teksty i reprodukowane dokumenty ukazuja fakty i wydarzenia zapomniane, przemilczane lub wrecz skrywane przed srodowiskowa opinia. Nie bez powodu haslo reklamowe (patrz nizej) brzmialo: Prawda o "Gazecie Wyborczej". Nieznane dokumenty. swiadkowie... Jesli dodac, ze - w epilogu ksiazki - zyczliwe gwarancje jej poziomu i przyzwoitosci daja swymi nazwiskami Maciej Ilowiecki i Cezary Michalski - to moze przyczyna odmowy druku inkryminowanej reklamy byla sama jej tresc? No to popatrzmy: "To jest przykra lektura dla przyjaciol Adama Michnika..." Prawda o "Gazecie Wyborczej" Nieznane dokumenty. swiadkowie. Pierwsza ksiazke o "Gazecie Wyborczej" i jej srodowisku napisal Stanislaw Remuszko - niegdys publicysta "GW" od lat dziennikarz niezalezny "Czy masz blade pojecie, skad wzial sie majatek Agory?" Te liczaca 264 strony ilustrowana ksiazke mozna w ciagu kilku dni dostac poczta do domu za pobraniem (30 zl), albo po wplaceniu (25zl) Zamowienia: tel./fax (0-prefix-22 641-7190 lub 648-1948), e-mail (remuszko@astercity.net) lub listownie (Stanislaw Remuszko, Dunikowskiego 8, 02-784 Warszawa). Pieniadze nalezy przekazywac poczta pod tym samym adresem. Zamowienia hurtowe: Adam Borowski, wydawnictwo "Volumen", tel. (0- 22) 616-2185, fax (0-22) 616-0632, e-mail: owvolumen@wp.pl P.T. Czytelnik zechce sam orzec, czy w tym platnym ogloszeniu - cokolwiek jest sprzeczne z prawem lub moralnoscia. Odpowiedzmy teraz na pytanie, gdzie nalezy zamiescic reklame, aby dotrzec do jak najwiekszej liczby zainteresowanych odbiorcow? Najlepiej w telewizji (prywatnej czy publicznej, wszystko jedno). Szkopul w tym, ze taka reklama kosztuje przynajmniej tyle, ile naklad ksiazki pomnozony przez jej cene detaliczna. Pozostaje zatem prasa. Ale nie kazda, bo przeciez trudno oczekiwac, aby dokumentalno- publicystyczna opowiesc o kulisach powstania medialnego imperium specjalnie zaciekawila amatorow poczytnej "Przyjaciolki", "Detektywa", "Gazety Prawnej", "Goscia Niedzielnego", "Teletygodnia", "Dziennika Sportowego" czy "swiata Nauki". Tak naprawde, wydawanie tysiecy zlotych na reklame tego typu lektury ma sens jedynie w odniesieniu do wielkich krajowych pism ogolnoinformacyjnych. Na co dzieÄ malo kto zdaje sobie sprawe, ze takich pism w calej Polsce jest zaledwie szesc. Wsrod dziennikow, ponad 90% rynku maja de facto "Gazeta Wyborcza" i "Rzeczpospolita" (badania wykazaly, ze czytelnikow bulwarowego "Super Expressu" tematyka moralno- polityczna niewiele obchodzi), a wsrod tygodnikow te same ponad 90% nalezy, prawie po rowno, do "Wprost", "Polityki" i "Newsweeka" oraz "Nie". Tylko dla porzadku przypomne, ze wszystkie one ("Wyborcza" oraz "Nie" ze zrozumialych wzgledow wylaczajac) odmowily druku powyzszego platnego ogloszenia. Podobnie negatywny rezultat dala sondazowa proba zamieszczenia inseratu w czolowych tytulach prasy regionalnej ("Dziennik Zachodni" - slask, "zycie Warszawy" - Mazowsze). Ze strachu przed Agora (bo jak inaczej to wytlumaczyc?) zawarta juz umowe o druk reklamy zerwalo, oddajac pospiesznie tysiac zlotych, kierownictwo redakcji "Naszego Dziennika", uchodzacego za ideowego przeciwnika "Gazety Wyborczej"... Odrzucmy teraz - na uzytek tych rozwazaÄ - teze o powszechnym obowiazku druku niesprzecznych z prawem i obyczajnoscia platnych ogloszeÄ, i zadajmy proste rzeczowe pytanie: w jaki sposob informacje i opinie o spolecznie waznych faktach, zjawiskach i wydarzeniach maja docierac do wolnych obywateli wolnego kraju? Oto powstala dokumentalno-publicystyczna ksiazka, ktora krytycznie opisuje poczatki budowy slawnej Agory, najpotezniejszego dzis w bodaj calej Europie narodowego koncernu medialnego. Filar tego imperium - "Gazeta Wyborcza" - ma tak wielkie wplywy polityczne, ze jej redaktor naczelny czesto bywa nazywany polskim wiceprezydentem. Relacje i faktografia przedstawione w ksiazce nie sa znane szerszej opinii publicznej. Pytam: jak dotrzec z ta wiedza do odbiorcy? Lub skromniej: jak przekazac obywatelom przynajmniej sama informacje o istnieniu ksiazki, ktora taka wiedze zawiera? W normalnym demokratycznym kraju robi sie to za posrednictwem mediow, ktore - zaleznie od atrakcyjnosci tematu - daja naprzod krotkie doniesienia o samej edycji albo od razu zamieszczaja recenzje (zyczliwe, neutralne czy miazdzace - wszystko jedno). W Polsce juz w 2000 roku cos z normalnoscia lub demokracja musialo byc nie tak, skoro fakt ukazania sie pierwszej (w ogole) ksiazki o "Gazecie Wyborczej" zostal przez media, jak wspomnialem, solidarnie przemilczany. Trzy lata pozniej, gdy tak potraktowany autor probowal zlamac te blokade przy pomocy platnych ogloszeÄ, pisma zajmujace ponad 90% rynku rownie solidarnie odmowily druku inseratow. Przykro rzec, ale w moim paÄstwie znow skutecznie dziala - choc nieoficjalnie i w demokratycznych szatach - peerelowskie Ministerstwo Prawdy. Jak temu zaradzic? Nie wiem. Ale jako obywatel i jako dziennikarz bije na alarm. Oto co o slawetnym, prawie polrocznym milczeniu mediow na temat tzw. afery Rywina powiedziano w Sejmie (cytuje stenogram): Nie jest prawda, ze koncern Agora nie poinformowal o sprawie Rywina w "Gazecie Wyborczej". Koncern Agora nie poinformowal o sprawie Rywina rowniez w 27 rozglosniach regionalnych swojego radia, ktore posiada, ktore stanowia 37,5% dotarcia do Polakow. Nie poinformowal rowniez w Tok FM, ktore jest radiem, ktore powinno byc radiem stworzonym do przekazywania informacji. W dziewieciu najwiekszych miastach to radio funkcjonuje. Nie poinformowal rowniez w 15 pismach-magazynach, ktorych jest wlascicielem. Nie poinformowal rowniez nas na tablicach outdooru, ktory posiada. Nie poinformowal nas rowniez na swojej platformie internetowej. A jakby mial jedna ogolnokrajowa stacje telewizyjna, to by poinformowal, czy by nie poinformowal? A jakby mial jedna z dwoch ogolnopolskich komercyjnych stacji radiowych, to by poinformowal, czy by nie poinformowal? A jakby koncern Agora posiadal wazna dla kraju informacje - chociaz ta o Rywinie okazala sie tez wazna - i by sie pomylil, zle ocenil jej wartosc albo cos chcial zalatwic koncern Agora, to dobrze dla kraju, gdyby posiadal wszystkie te media ten koncern, czy nie? Bo ja uwazam, ze nie... Pan Czarzasty moze budzic rozne emocje, jednak - na zdrowy rozum - w tym przypadku bardzo trudno odmowic mu slusznosci. Ale jest gorzej niz pan Czarzasty tu antycypuje. Opisane wyzej fakty i wydarzenia jasno dowodza, iz "Gazeta Wyborcza" JUz otoczyla sie medialna sfera ochronna, ktora skutecznie uniemozliwia dotarcie z krytyka Agory do 90% czytajacego spoleczeÄstwa! Uwazam ten stan rzeczy za grozny dla polskiej demokracji. 23 maja 2003 roku odbedzie sie nadwislaÄska premiera drugiej czesci slynnego filmu "Matrix". Film zdobyl przed czterema laty cztery Oskary i ogromna popularnosc z dwoch powodow: z uwagi na niezwykle efekty specjalne oraz ze wzgledu na doniosle spoleczne przeslanie. swiat Matrixu (stworzony przez media przyszlosci?) jest zluda, a jego mieszkaÄcy - ludzie tacy jak my - nie zdaja sobie sprawy z fikcji, w ktorej przyszlo im zyc. Jak odroznic jawe od snu, prawde od falszu, a dobra monete od zlej, skoro wszystko jest pod informacyjna kontrola? Film nie daje prostej odpowiedzi na to pytanie. Nie koÄczy sie klasycznym happy-endem. Matrix nadchodzi? Nie, on juz tu jest. Stanislaw Remuszko http://www.remuszko.pl/ Warszawa, 13 maja 2003

Niewygodne pytania Remuszki www.remuszko.pl/?page=recenzja-ilowiecki

Zimą i wiosną 1989 roku brałem udział w obradach tzw. Okrągłego Stołu (jak symbolicznie określano zawarte wtedy układy pomiędzy władzą a opozycją). Ściślej mówiąc, siedziałem przy tzw. podstole do spraw mediów (w licznych zespołach, zwanych “podstołami”, toczyły się właściwe spory o przyszłość Polski). Na koniec rozmów, solidarnościowo-opozycyjna “strona stołu” delegowała mnie do spisania ostatecznej treści uzgodnień i rozbieżności; strona przeciwna, czyli koalicyjno-rządowa, delegowała Krzysztofa T. Toeplitza. Obaj pracowaliśmy całą noc, a następnego ranka obie strony parafowały przygotowane przez nas protokoły.

Już wówczas uważałem, że - ogólnie rzecz biorąc - osiągnęliśmy za mało. My, to znaczy opozycja. Jednak przedmiotem niniejszej refleksji nie jest ocena tamtych wyników z dystansu dziesięciu lat. Chcę dziś przypomnieć tylko jedno (spośród wielu) ustalenie “Okrągłego Stołu” - to, które moim zdaniem miało największą rangę wtedy i zachowało je do chwili obecnej. Myślę o wymuszeniu na pezetpeerowcach (bo w istocie tylko ich decyzja się liczyła) zgody na stworzenie niezależnego pisma codziennego, docierającego wszędzie i do wszystkich jako prawdziwy głos wolnego społeczeństwa. Tak, od początku miał to być głos wolności i solidarności (tej ostatniej pisanej zarówno małą, jak i dużą literą). Miała to być prawdziwie niezależna gazeta, nie będąca organem żadnej partii, żadnego środowiska i żadnej grupy (a przecież ówczesna opozycja przeciw “władzy ludowej” składała się z wielu takich środowisk i grup).

Tak właśnie narodziła się idea niezwykłego dziennika, nazwanego później “Gazetą Wyborczą”. Temu pismu pomagali wszyscy z “naszej strony” - i w sensie czysto roboczym, i w tym, co dziś zwie się promocją, i - przede wszystkim - w sensie moralnym.

Mając od początku do dyspozycji pióra świetnych (i przekonanych do wielkiego zadania) dziennikarzy, pomysły doświadczonych organizatorów i wsparcie najwartościowszych elit (nie mówiąc już o realnej pomocy PRL-owskiego państwa), zespół Adama Michnika mógł stworzyć wzór najrzetelniejszej i najuczciwszej gazety. Czy stworzył?

Na pewno powstał wówczas jedyny w swoim rodzaju fenomen medialny - największe w tej części Europy (może i nie tylko?) codzienne pismo opiniotwórcze, które bardzo szybko stało się w Polsce wyznacznikiem własnych norm dziennikarskich i politycznej poprawności: “Gazeta Wyborcza”. Przez przeciwników od dawna zwana “Wybiórczą”, gdyż bardzo szybko zasłynęła z charakterystycznego “doboru” informacji, ocen i komentarzy.

Nikt nie twierdzi, że “GW” nie ma zasług, broń Boże. Doskonale redagowana, skupia najlepsze pióra, podejmuje trudne tematy, walczy z wieloma polskimi wadami i śmiesznościami. Jest zjawiskiem trwale zapisanym w historii polskich mediów, godnym wielu różnoaspektowych monografii...

Otóż to! Czy wobec tego nie zastanawia, że jedyna, powtarzam, JEDYNA dotychczas w Polsce książka o “Gazecie Wyborczej” (autorstwa jej byłego pracownika Stanisława Remuszki) została niemal całkowicie przemilczana? Nie odnotowały jej istnienia nawet pióra “Gazecie” niechętne. Co jeszcze bardziej ciekawe i znaczące, o książce nie wspomniano ani słowem na łamach samej “Gazety” (zawsze chętnej do wyszydzania i niszczenia ludzi o odmiennych poglądach), nie ukazała się ani rzeczowa polemika, ani częste w podobnych przypadkach inwektywy.

Przypuszczam, że wiem dlaczego tak się dzieje. Oto dziś w Polsce bardzo niebezpiecznie jest zadzierać z przebogatym i niezwykle wpływowym koncernem Agora, który m.in. wydaje “Gazetę Wyborczą”. To jedno. A drugie - że istotnie trudno jest dyskutować z książką, która podaje pewne niewygodne fakty (ściśle udokumentowane), a zamiast ocen stawia niewygodne pytania. Lecz to milczenie pytanych sprawia, że pytania stają się niewygodne w czwórnasób.

Książka Stanisława Remuszki (dziennikarza dociekliwego, potwornie upartego, a nadto bardzo odważnego) jest właściwie zbiorem rozmaitych dokumentów opatrzonych komentarzami, zresztą niepełnym, jak każdy zbiór. Ale te dokumenty tworzą pewien konkretny, wyrazisty i plastyczny obraz, pewien krytyczny wizerunek “Gazety Wyborczej”. Naturalnie można się spierać o to, czy jest prawidłowy i trafny. Niestety, nie ma sporu, nie ma polemiki, nie ma dyskusji, zupełnie tak, jakby ktoś postanowił: zamilczeć Remuszkę na śmierć.

Może zatem właśnie takie - jak opiane w tej książce - działania grupy wydającej opiniotwórcze pismo są w naszych czasach właściwe i normalne, bo przede wszystkim nadzwyczaj skuteczne? “Gazeta” osiągnęła przecież swój główny cel: jest wielkim (chyba największym w Polsce) instrumentem politycznym i zarazem przedsięwzięciem niezwykle dochodowym. Zatem wszystko inne nie ma znaczenia?

Stanisław Remuszko swą karierę zawodową zaczynał w czasach, gdy o wolności słowa i etyce dziennikarskiej na ogół można było tylko marzyć. Może właśnie dlatego uważa, iż pewne sprawy i pewne wartości zawsze maja znaczenie pierwszorzędne - również wówczas, gdy z punktu widzenia politycznego celu i rynkowego sukcesu nie odgrywają nawet drugorzędnej roli.

Byłoby dobrze, gdyby w Polsce dyskutowano na takie tematy, przynajmniej w środowisku dziennikarskim. Jednak obawiam się, że nie ma co liczyć na taką dyskusję. Pozostaje liczyć na Czytelników, jak zawsze. Tylko od nich możemy (my, dziennikarze) dowiedzieć się, jakich mediów by naprawdę chcieli i jakich dziennikarzy naprawdę szanują.

Maciej Iłowiecki Warszawa, listopad 2000 Maciej Iłowiecki jest niezależnym publicystą. W latach 1989-93 był prezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

PYTANIA DOTYCZĄCE INFORMACJI I PORAD NA TEMAT EKOLOGII, OCHRONY ŚRODOWISKA, CYWILIZACJI, ZDROWIA, SPOŁECZEŃSTWA, CYWILIZACJI, ZRÓWNOWAŻONEGO ROZWOJU PROSIMY KIEROWAĆ DO: Stowarzyszenie Federacja Zielonych w Białymstoku SIEDZIBA: ul. Rumiankowa 14/4 15 - 665 Białystok tel. (085) 66 11 434 BIURO: ul. Rumiankowa 20, 15 - 665 Białystok tel. (085) 66 11 812 ("ZIELONY TELEFON FEDERACJI ZIELONYCH") e - mail: fzbialystok@wp.pl

Zostań członkiem wspierającym Stowarzyszenia Federacja Zielonych w Białymstoku: wpłać składkę (20 pln) lub dowolną darowiznę (najlepiej przelewem na konto Stowarzyszenia: BANK OCHRONY ŚRODOWISKA ODDZIAŁ W BIAŁYMSTOKU nr r-ku: 15401216 - 50412 - 27006 - 00), otrzymasz ulotki, plakaty, foldery, nalepki, kolorowanki, biuletyny, koszulki itp.

Jeśli chcesz aktywnie zaangażować się w prace Stowarzyszenia Federacja Zielonych w Białymstoku po próbnym okresie członkowstwa wspierającego możesz zostać członkiem zwyczajnym: brać udział w szkoleniach, wycieczkach, praktykach, stypendiach, stażach, uzyskać możliwości pracy, (tworząc lokalny odział Stowarzyszenia Federacja Zielonych) doradztwa, nauki...

Zawarte powyżej stwierdzenia są subiektywnymi opiniami autorów, których ocenę i wiarygodność pozostawiamy czytelnikowi. Prezentujemy je zgodnie z prawem do swobody wypowiedzi i wolności posiadania własnych przekonań i poglądów. Zastrzegamy, że z tego powodu nie ponosimy jakiejkolwiek odpowiedzialności za faktyczne i domniemane szkody spowodowane (jakoby) poprzez przedstawienie tych subiektywnych przekonań i poglądów. W razie jakichkolwiek wątpliwości ZAMIESZCZAMY SPROSTOWANIA. KOPIOWANIE, REPRODUKOWANIE, POWIELANIE I WYKORZYSTYWANIE CZĘŚCI LUB CAŁOŚCI INFORMACJI ZAWARTYCH W TYM DOKUMENCIE W FORMIE ELEKTRONICZNEJ. MECHANICZNEJ CZY JAKIEJKOLWIEK INNEJ BEZ PISEMNEJ ZGODY WYDAWCY JEST ZABRONIONE I PODLEGA OCHRONIE PRAWA AUTORSKIEGO. WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE - RAFAŁ KOSNO I STOWARZYSZENIE FEDERACJA ZIELONYCH W BIAŁYMSTOKU (C) 2002 r i 2003 r. KOPIOWANIE, POWIELANIE W JAKIKOLWIEK SPOSÓB I W JAKIEJKOLWIEK FORMIE CAŁOŚCI LUB CZĘŚCI (W TYM TEKSTÓW, ZDJĘĆ, GRAFIK, WYKRESÓW, DANYCH ITD.) WYŁĄCZNIE PO UZYSKANIU PISEMNEJ ZGODY.